Czy warto obejrzeć Zwierzęta Nocy?

Seans Nocturnal Animals zafundowałem sobie z przypadku, nie mając żadnej świadomości o czym film będzie opowiadał. Nie mogłem trafić lepiej, bo Tom Ford stworzył obraz ciekawy, taki o którym chce się dyskutować.

„I don’t really care about all this art”

Wiecie w jaki sposób można przekonać widza do tego, żeby zaczął się troszczyć o postać, którą widzi na ekranie? Dać jej problemy. Typowe ludzkie dramy, które przeżywa. Tak właśnie poznajemy bohaterkę graną przez Amy Adams. Mimo sukcesów w życiu zawodowym i bycia docenioną jako organizatorka odważnych, ironicznych niemal wystaw albo art-performance’ów (w sumie nie wiem jak to nazwać) przeżywa gorzkie chwile w życiu prywatnym. Mąż cały czas w rozjazdach, nie śpi z nią w jednym łóżku kiedy jest w domu, w dodatku podczas jego delegacji, w czasie rozmowy telefonicznej z słuchawki dobiega kobiecy głos. Gdyby jeszcze znajdowała radość w pracy, którą wykonuje. Niestety Susan (bohaterka) uważa swoją robotę za nieistotną, przyrównuje ją nawet do śmieci.

W tym dosyć smutnym momencie jej życia pojawia się Duch Przeszłych Świąt w postaci maszynopisu książki jej byłego męża Edwarda o znamiennym tytule „Nocturnal Animals”.

Trzy w jednym

W tym momencie dochodzimy do sedna tego czym jest ten film – za cenę jednego biletu dostajemy trzy kinowe obrazy. Oczywiście to lekka przesada, ale nie tak wielka. Susan zagłębia się w świat tajemniczej książki przesłanej przez swojego byłego męża. Ta kreuje niepokojący obraz rodziny napadniętej, w czasie nocnej podróży przez Teksas, przez tajemniczych oprawców. Lektura otwiera w bohaterce dawno zamknięte drzwi do czasów kiedy poznała Edwarda, kiedy z nim była.

Wszystkie trzy historie są opowiadane progresywnie i niejako są w jakiś sposób połączone. Nie chcę zagłębiać się tutaj w detale, żeby za bardzo nie zepsuć komuś zabawy… w końcu to nie ma być recenzja.

Powiem za to jedno w kontekście takiego sposobu budowania opowieści. Każdy z trzech segmentów filmu – ten teraźniejszy, powieściowy i ten dziejący się w przeszłości posiada swoją własną stylistykę, która nadaje mu charakterystycznego tony. Wpisanie w Google nazwiska reżysera daje nam odpowiedź skąd takie artystyczne przycięcie filmu – Tom Ford prowadzi podwójne życie i jest również projektantem mody. Wróćmy jednak do Nocnych zwierząt. Życie Susan doskonale zobrazowane jest przez sterylne, piękne wizualnie wnętrza jej domu i miejsca pracy, którym jest wspomniana galeria sztuki. Opowieść jej byłego męża, która wyłania się z kart książki jest skąpana w brudzie i słońcu Teksasu, okazuje się być doskonałym miejscem na przeprowadzenie wcale nie tak przewidywalnego wątku Tony’ego, który rozdzielony z żoną i córką, zaczyna ich poszukiwania. Swoją drogą ta historia nadawałby się na jakiś dobry thriller z lat 90., ale do tego jeszcze nawiążemy. No i na koniec dostajemy retrospekcje bohaterki z życia z Edwardem.

To wszystko spina się w piękną narracyjną klamrę i opowiada niepokojącą opowieść, w której widz wraz z coraz bardziej roztrzęsioną Susan dostrzega kolejne warstwy.

Wyjątkowy thriller

Właśnie, thriller. Dlaczego dreszczowiec, skoro z opisu brzmi to raczej jak melodramat? Ano dlatego, że już po kilkunastu minutach, kiedy bohaterka Amy Adams zanurza się w świat książki reżyser tworzy nastrój zagrożenia, powoli, acz skutecznie buduje napięcie i nie odpuszcza aż do samego końca. Tom Ford użył wszelkich dostępnych mu środków, żeby sprawić, że widz będzie czuł się zaniepokojony, przejęty, czy wręcz zniesmaczony. Całość doskonale rysowanego obrazu dopełnia budująca napięcie, piękna i dopasowana stylistycznie do obrazu ścieżka dźwiękowa Abela Korzeniowskiego. To nie jest niezauważalna muzyka tła, a element narracji dzięki któremu film nabiera pełni.

Interesującym, i pozostającym nie bez znaczenia, zabiegiem było obsadzenie Jake Gyllenahal’a w dwóch rolach – autora tytułowego maszynopisu, Edwarda oraz głównego bohatera książki, wspomnianego wcześniej Tony’ego. W roli żony oraz córki książkowego protagonisty odnajdziemy aktorki, które są bliźniaczo podobne do Susan i jej córki Samanthy.

Rysa na szkle

Na mnie film pozostawił na tyle duże wrażenie, że lekkie niedociągnięcia nie wpłynęły znacząco na odbiór obrazu. Można się oczywiście przyczepić do przekoloryzowanej roli Amy Adams, która podczas czytania próbuje jak tylko może oddać emocje związane z lekturą, niestety z różnym skutkiem. Można zapytać czemu ma służyć sterylne piękno życia Susan – czy to krytyka branży, czy gloryfikacja, czy zwyczajnie zwykły zabieg artystyczny, który niczemu nie służy, ale i nic do filmu nie dodaje. Można zapytać czy jest się czego doszukiwać w zakończeniu, czy jest ono zwyczajnie nieprzemyślane. Można zapytać co ma piernik do wiatraka i dlaczego laska tak się spina na ekranie czytając jakąś książkę. Jasne, pytania można mnożyć, jak w każdym filmie. Jednych znudzi, innych zaciekawi – pozostaje więc pytanie:


Czy więc warto?

Zwierzęta Nocy warto obejrzeć. Myślę, że można to było wyczytać już we wstępie jednak chciałem wprost powiedzieć dlaczego.

Cały obraz mimo, że bardzo odbiegający od klasycznego dreszczowca wzbudza w widzu niesamowite zaangażowanie, a końcówka pozostawia z co najmniej jednym pytaniem, o którym można z pewnością podyskutować przy jakiejś kawie z kimś kto również film obejrzał. Oczywiście znajdą się krytycy, którzy określają często film jako pustą, ładną wydmuszkę. Jasne, że film niektórym może wydać się przeintelektualizowany kiedy oferuje dosyć prostą metaforę, jednak emocje, które wzbudza w czasie oglądania są warte doświadczenia.