Star Trek 3, czyli szybko i wściekle w nieznane

Nigdy nie byłem turbo fanem Star Treka, zdecydowanie bardziej od filozoficznej space opery kręcili mnie faceci w togach wywijający mieczami świetlnymi. No i co tu napisać o tym Star Treku W Nieznane?

USS-ENTERPRISE-original.jpg.653x0_q80_crop-smart

Kosmos, ostateczna granica. Oto są podróże statku kosmicznego Enterprise. Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy. Poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji. Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.
Dla jaskiniowców, dla których ani powyższe, niesamowicie charakterystyczne słowa z czołówki klasycznej serii Star Trek (teraz ochrzczonej jako The Original Series aka TOS) jak i „Live long and prosper” nic nie znaczą, krótki opis tego, o co ten cały ambaras. Star Trek jest serią telewizyjną, która była emitowana na przestrzeni lat 1966–1969 (przynajmniej ta pierwsza, bo było ich jeszcze kilka). Co wyróżniało ten serial spośród wszystkich innych? Cóż – przede wszystkim  poruszał tematy, które były „niewygodne” w tamtych czasach. Walka klasowa, ekonomiczna, rasizm, prawa człowieka, religia, dyskryminacja płciowa, feminizm, rola technologii w życiu człowieka, ideologie ustrojowe i tym podobne. Te wartości reprezentowała również załoga, która składała się nie tylko z bladolicych Amerykanów, ale również z takich osobistości, jak szkockiego pochodzenia inżynier/mechanik Scotty, pierwsza Afroamerykanka w telewizji Uhura w prominentnej roli oficer ds. komunikacji, japońskiego pochodzenia „sternik”, porucznik Sulu czy pełniący później tę samą funkcję Rosjanin Chekov. W skrócie – TOS stał fabułą i wokół tego pokojowego, idealistycznego świata wykształciła się banda ludzi, których fascynował – Trekkies.
73a00314459d95dadc824b30207835b8Przez wiele lat powstawały kolejne telewizyjne iteracje tego fantastycznego świata – The Next Generation (w którym zagrał wspaniały Sir Patrick Stewart), Deep Space Nine, Voyager i ostatni póki co Enterprise. Popularność i oglądalność serialu malała i ostatnia produkcja zakończyła swój żywot w 2005 r. I wtedy nadszedł Star Trek – reboot stworzony przez J.J. Abramsa w 2009 r. Wielu mówiło, że to niespełnione marzenie reżysera o filmie w świecie Star Wars (które zostało w zeszłym roku w końcu zrealizowane w postaci The Force Awakens, prawdopodobnie dzięki sukcesowi Star Treka, który wyszedł spod jego ręki). Może tak, może nie – mnie ten film wprowadził w świat Star Treka i gdyby nie on, nigdy raczej nie sięgnąłbym po trącącą myszką The Original Series. Myślę, że nie byłem odosobnionym przypadkiem i dzięki temu nowe pokolenie zapoznało się z 50-letnią już franczyzą.
Ale, ale! Rozgadałem się, jak to było kiedyś, ale wróćmy, do najnowszego, trzeciego już filmu w zrebootowanej linii czasowej.

O podróży w nieznane

startrekbeyondposter

Wiecie jak brzmi opis fabuły nowego Star Trek‚a?
Załoga USS Enterprise bada najdalsze, niezbadane jeszcze zakątki kosmosu gdzie spotykają nowego bezwzględnego wroga, który podda testowi załogę i całą Federację wraz z wartościami, które reprezentują.
I wiecie co? Strasznie trąci bullshitem. Niby każdy element z osobna jest – Kirk & Co od 3 lat są na misji i wszyscy mają już dość tego całego badania. Wroga jednak nie spotykają w zakątkach kosmosu, tylko sami do niego lecą. Zakątek kosmosu niby niezbadany, ale zaraz obok jest ogromna baza Federacji – Yorktown, do której akurat Enterprise zawitał na uzupełnienie zapasów. Z kim więc walczą nasi dzielni kosmonauci? Z kolejnym generycznym złolem, którego celem jest zabicie wszystkich z powodu jakichś miernych przesłanek.
Tutaj docieramy do punktu, gdzie muszę wspomnieć o kilku istotnych rzeczach.
Przede wszystkim film nie jest zły. Ba! Posunę się nawet do tego, że powiem, że jest dobry – bawiłem się na nim przednio, było dużo śmiechu, dużo efektów, wybuchów, ciekawa akcja, kilka interesujących rozwiązań fabularnych, tylko, że… Film nie dostarczył tej satysfakcji, gdzie wychodzisz z kina i stwierdzasz „Ależ ten film był zacny!”. No nie – wyszedłem z kina i miałem takie „No ok, no dobrze się oglądało”. Chyba nie o to chodzi w letnich blockbusterach, nie?

Bo to ludzie są ważni

Star Trek W Nieznane może nie stoi fabułą, ale ogląda się go doskonale ze względu na fantastyczną obsadę. Załoga USS Enterprise ożywa na ekranie i autentycznie zastanawiamy się jak wyjdą z całej sytuacji. Obsada zdążyła stać się już postaciami, które grają – Chris Pine jest nowym Kirkiem, Zachary Quinto godnie zastępuje Leonarda Nimoya na miejscu Spocka, a Karl Urban, jest zdecydowanie najjaśniejszym punktem w roli Dr. Leonarda „Bones” McKoy’a. Niewątpliwie dobrze spisał się też Simon Pegg, którego większą rolę trzeba przypisać udziałowi w pisaniu scenariusza – nie ma co jednak narzekać, bo dobrze się go ogląda na ekranie. Niestety reszta obsady dostała małe lub wręcz epizodyczne role. Sulu, którego „gejowski” wątek został tak bardzo rozdmuchany w mediach, nie ma wiele do zagrania, a jego orientacja seksualna została chyba przedstawiona mediom tylko po to, żeby zwrócić uwagę na całkowicie neutralną scenę, gdzie domniemany mąż z córką odbiera go po wyjściu ze statku. Uhura również nie miała okazji się wykazać w filmie, jeśli się nie mylę, to bierze udział może w trzech scenach, gdzie ma coś sensownego do roboty. Szkoda również, że tragicznie zmarły w tym roku Anton Yelchin, nie będzie miał już okazji się wcielić w swoją uroczą i nieporadną wersję Chekova.
Pojawia się też jedna nowa bohaterka – Jaylah (poczatkowo w skrypcie była zapisana jako „Jennifer Lawrence in Winter’s Bone”, by nawiązać do aktorskiego popisu J-Law), która znajduje się na niegościnnej planecie, na którą trafiła załoga statku. Ponieważ załoga w pewnym momencie się rozpada, w filmie pojawiają się fajne zestawienia postaci – Kirk z Chekovem, Bones ze Spockiem, Uhura z Sulu i właśnie Scotty z nowo poznaną Jaylah. Te pairingi pozwalają ciekawiej pokazać relacje załogi – przede wszystkim tutaj wybija się logiczny Spock z Bones’em, który sypie kąśliwymi uwagami jak szalony.
Zmarnowano jednak Idrisa Elbę w roli Kralla, czyli głównego złego tej części. Historia postaci i jej motywacje mogły zostać zdecydowanie lepiej rozpisane, a sam Krall, gdyby nie skrywał się pod charakteryzacją, a miał twarz samego Elby, tylko by zyskał. Niestety jego generyczność jest widoczna aż do bólu, a plan tak głupi, że od razu wiadomo, że spali na panewce.

Jakby to było gdyby scenariusz napisał fan

Tutaj należałoby wspomnieć, że W Nieznane napisał Simon Pegg, który jest wielkim fanem franczyzy, i oglądając film ma się wrażenie, że całość nosi znamiona jakiegoś fanficu, a nie normalnej Hollywoodzkiej produkcji. Podobno przed skryptem Simona Pegg’a był jeszcze jeden scenariusz, ale włodarze Paramount Pictures stwierdzili, że jest zbyt startrekowy! Jeśli tak rzeczywiście było, to aż dziw bierze, bo Scotty nie szczędził nawiązań do oryginalnej serii. Sam początek filmu jest jednym wielkim hołdem (50. rocznica Star Treka! Mówiłem już?) dla serialu – Kirk z misją dyplomatyczną na jakiejś odległej planecie próbuje pogodzić dwie zwaśnione rasy. Ten sam Kirk chwilę później zadaje sobie pytanie, czy te 5-letnie misje mają sens, a w ogóle to sam nie wie, czy dalej chce być kapitanem statku. Takie rozterki egzystencjalne, rozmowy o życiu i śmierci są dosyć subtelnie wpisane w film i nie walą zbytnią sztucznością. W każdym razie mamy sporo nawiązań do oryginału chociażby w postaci nazwy stacji kosmicznej Yorktown (taką nazwę pierwotnie nosił Enterprise) czy tekstu o whiskey Chekova („It was invented by a little old lady in Russia”). Największym nawiązaniem jest jednak hołd dla Leonarda Nimoya, który zmarł rok temu – jest to krótka, acz poruszająca scena, którą zdecydowanie warto zobaczyć.
StarTrek_Junket_OG

Tak to jest spełniać swoje marzenia

to fastly go where no one has been before

Dlaczego więc szybko i wściekle? Na stołku reżyserskim zamiast J.J. Abramsa zasiadł Justin Lin, reżyser odpowiedzialny (głównie) za sukcesy serii Szybcy i wściekli od części 3 do 6. Jak się spisał w tej roli? Cóż… moim skromnym zdaniem tak sobie. Sceny akcji są często tak dynamicznie kręcone, że nie da się ogarnąć co dzieje się na ekranie. Sceny bitw kosmicznych oczywiście wyglądają naprawdę fajnie, ale podczas oglądania zastanawiałem się, jakim cudem na ekranie dzieje się to, co się dzieje – tutaj atakują, tam się ratują, w jednym miejscu statek jest cały, w drugim już się rozpadł, nagle przerywają atak z niewiadomego powodu. No ciężko było to wszystko ogarnąć momentami. Później akcja z kosmosu dosłownie spada na ziemię i wszystko wtedy wygląda lepiej, jednakże lekkie uczucie zawodu wciąż zostaje.
Jedno Linowi trzeba przyznać – przeniósł „rodzinną dynamikę” relacji pomiędzy bohaterami ze swojej serii, no i scena z Sabotage wgniata w fotel i budzi szczery uśmiech na twarzy pomimo tego, jak bardzo jest głupia. Trochę odczuwałem brak flar Abramsa – nadawały filmowi specyficznego klimatu.
Kirk-teleport

Szybko, wściekle, dynamicznie

Spoilerowo o zarzutach

Mam tak naprawdę dwa zarzuty do tego filmu. Pierwszy jest taki, że gdzieś daleko w kosmosie (USS Enterprise jest w trakcie 3 roku pięcioletniej misji!) jest baza, w której statek się zaopatrza? Serio? WTF? W jaki sposób to ma być misja w nieznane, skoro rzut beretem jest bezpieczna baza? Drugim zarzutem jest to, że zaraz obok tej bazy jest… niezbadana mgławica, w której zaraz po wlocie znajduje się… planeta, która jest idealna do życia dla ludzi… Chyba trochę zbyt dużo nieprawdopodobnych rzeczy naraz. Trzeci zarzut to spotkanie załogi – serio, statek rozbija się NAD planetą, wszyscy spadają nie wiadomo gdzie, a tu się okazuje, że baza wroga jest pod nosem, wszyscy spadli w jednym lasku pod bazą. Żyć nie umierać! Czwarty zarzut to motywacje Kralla – jest byłym żołnierzem, który uważa, że pokojowa misja Federacji doprowadzi ludzkość do stagnacji, a on chciałby, żeby ta się rozwijała. Czy może mi ktoś powiedzieć, jakim cudem wybicie tejże ludzkości za pomocą broni, która niszczy wszystko, ją… rozwinie?
To chyba tyle narzekania… Chociaż powyższe rzeczy bardzo irytują w filmie.
Screenshot-2015-12-14-09.47.29-790x327

Co dalej?

Są takie filmy, które ciężko ocenić, bo nie są ani wybitnie dobre, ani złe. Star Trek W Nieznane w ogólnym rozrachunku wypada dobrze, ma swoje bolączki, ale ma również wybitnie dobre momenty. Jeśli przeboleliście W Ciemność Star Trek (serio, taki tytuł miała druga część), to na Beyond będziecie się bawić zdecydowanie lepiej. Jeśli oglądaliście tylko Star Trek z 2009 roku i wam się podobał, to ruszajcie do kina na część trzecią (bo do drugiej nikt nie nawiązuje w żaden sposób, jakby nie istniała). Można nazwać ten film dobrą, rzemieślniczą produkcją, która, gdyby nie rewelacyjna obsada, padłaby inaczej pod swoim własnym ciężarem. Przydałoby się mniej luk w scenariuszu, trochę więcej światła, mniej trzęsącej się kamery i wszystko byłoby w porządku.
No i ten Sabotage!

Po napisaniu tego tekstu doszedłem do jeszcze jednego wniosku – Star trek jest opowieścią o kosmicznej wędrówce, a paradoksalnie akcja kolejnych filmów nie dzieje się w kosmosie, a na jakichś planetach (tutaj prym wiedzie część z 2009 r., gdzie najwięcej było gwiezdnych podróży). W tej części tak naprawdę mamy dwie duże kosmiczne bitwy, a reszta akcji dzieje się na planetach. Myślę, że to jest główny problem nowych filmów i mam nadzieję, że nadchodzący serial Star Trek Discovery nadrobi wszystko to, czego nam w filmach brakuje.

tl;dr

Star Trek jest spoko, chociaż mógłby być lepszy. Można pójść do kina.