Dlaczego nie zachwyca mnie”Łotr Jeden”

Zachęcony pozytywnymi opiniami zebrałem się w końcu do kina na Rogue One: A Star Wars Story. Pierwszy film, którego historia nie jest związana bezpośrednio z rodziną Skywalkerów (chociaż pośrednio i owszem) miał być rewelacyjnym kinem wojennym, poszerzać świat przedstawiony nam w Sadze, budować nową antologię oddzieloną tematycznie i klimatycznie od „numerowanych” części. Dlaczego więc wyszedłem z seansu rozczarowany i zawiedziony tym, że w ogóle się na nim znalazłem?

Zacznijmy od tego, czym jest nowy film. Ktoś genialny w Disneyu wpadł na pomysł, że zarobić można nie tylko na sadze Skywalkerów, ale również na wszystkim tym, co było w Expanded Universe i zostało wyrzucone do kosza jako Legends. Wystarczy zrobić to na nowo – najlepiej w formie filmów. Tak powstał pomysł na Star Wars Stories, ostatecznie przemianowane na podtytuł każdego filmu z antologii – A Star Wars Story. Jako rozpoczęcie serii spin-offów dostaliśmy opisywany „Łotr Jeden: Gwiezdne Wojny – Historie”, a w kolejce czekają już filmy o przygodach młodego Hana Solo i ulubionego przez wszystkich łowcy głów – Boby Fetta.

Co więc poszło nie tak? Dlaczego czułem tak ogromne rozczarowanie po filmie, wobec którego nie miałem początkowo żadnych oczekiwań? Z jakich powodów uważam, że mylą się ludzie przyrównujący ten film do Imperium Kontratakuje?

Gdzie się podział „star wars crawl”?

Film zaczyna się bez klasycznego gwiezdnowojennego wstępu obecnego do tej pory w każdym filmie Sagi. Zgodnie z tym, co mówi Kathleen Kennedy, która teraz nadzoruje rozwój całej marki, to ma odróżniać obrazy wchodzące w skład Antologii od dotychczasowych. Zmiana ta może nie jest najważniejsza dla całego filmu, ale pokazuje, że te nowe filmy chcą się odciąć od klasycznej historii zaserwowanej przez Georga Lucasa. Na pocieszenie przed pierwszą, otwierającą sceną filmu dostajemy jedynie napis „A long time ago in a galaxy far, far away…”.

Nie rozumiem trochę powodu usunięcia tego klasycznego „crawla” – te napisy nie były jedynie elementem ozdobnym, ale pozwalały wprowadzić widza w tło historii, nadać mu szerszy kontekst i wrzucić go w toczącą się już historię. Ich brak prowadzi do niesamowicie nudnej, i niepotrzebnej sceny otwierającej, co powoduje, że…

swcrawl_feat-970x545

Takie napisy początkowe mieliśmy w Nowej Nadziei. Takich napisów nie ma w Łotrze Jeden

 Ekspozycja ssie

Zamiast wspomnianych napisów mamy scenę otwierająca, która służy za wprowadzenie głównej bohaterki Jyn Orso, jej ojca – architekta Gwiazdy Śmierci oraz głównego, jak może się wydawać, antagonisty – Dyrektora Krennica. Pominę głupotę całej tej sceny, naiwność i to, że w sumie absolutnie nic z niej nie wynika później w filmie. Ale bach! Główne gadające głowy spektaklu wprowadzone. Później ni z tego, ni z owego mamy przeskok w przód o ileś tam lat i galaktyczny tour po piętnastu lokacjach w 5 minut (właściwie to pięć lokacji w 6 minut!)! Ja rozumiem, że trzeba było jakoś dalej wprowadzać kolejne persony/miejsca czy coś, ale jestem pewien, że można sobie ten rollercoaster darować i zrekompensować kilka z tych scen dialogami. Tymczasem efekt jest dosyć irytujący i dezorientujący. No ale dobra – yay, przedstawiliśmy tych kilku bohaterów!

Pierwsze zdjęcie obsady Rogue One

Pierwsze zdjęcie obsady Rogue One

Płaskie postacie

Po 15 minutach filmu już znamy Jyn (bo w trailerach była), tatę, czyli Oppenhaimera Gwiezdnych Wojen (bo broń taka niszczycielska), złola z największą, najlepiej powiewającą na wietrze peleryną (białą w dodatku), pretendenta do bycia dwuznacznym moralnie rebeliantem w stylu Hana Solo (którego imienia oczywiście nie pamiętam), zabawnego robota i głupiutkiego pilota… zespół prawie w komplecie, bo w trakcie filmu dorzucają do kompletu postaci jeszcze duet przyjaciół – niewidomego Azjatę (to wcale nie jechanie na stereotypach), który wierzy w Moc, ale nie jest Jedi i jego pomagiera, którego jedyną cechą jest to, że ma wielkiego miniguna i… to tyle. Do czego zmierzam? Postacie w Rogue One są kompletnie niezapamiętywalne i bezbarwne, a ich jedynym motorem napędowym jest fabularny przymus do działania. Jyn Orso tak bardzo nie ma motywacji do jakiegokolwiek działania. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć chęć odnalezienia ojca (tak bardzo zmarnowana twarz Madsa Mikkelsena, może trochę zbaczam z tematu, ale ten aktor już drugi raz został zmarnowany na tło! Kaelicius w Doctor Strange również sprowadzał się do złowróżbnego spoglądania i wygłoszenia kilku zdań), ale w drugiej połowie filmu Felicity Jones (Jyn) nie ma żadnego powodu, by podejmować jakiekolwiek działanie… Cassian (sprawdziłem, bo autentycznie po seansie nie wiedziałem, jak ma na imię – to ten a’la Han, z robotem jako towarzyszem zamiast Chewiego) do podjętych działań również nie ma żadnej motywacji – w jednej chwili ma wszystko gdzieś, by chwilę później bez żadnego sensownego powodu rzucić się na pomoc kobiecie w opałach. Z całego tego towarzystwa najlepiej wypadają postacie, których zadaniem jest bawić – K2-SO i Chirrut, niewidomy mnich. Pierwszy jest dowcipnym, sarkastycznym, wypranym z emocji robotem, którego bezduszne komentarze autentycznie bawią, drugi zaś jest kierowanym Mocą (ale niekoniecznie) Deus Ex Machina pchającym fabułę do przodu wiedzą, która pojawia się znikąd (może to Moc?), a przy okazji bawiący swoim fartem (no bo przecież ślepy jest… a może to Moc?).  Humor jest niestety czymś, co występuje w Łotrze w ilościach śladowych. To, co jednak najbardziej mnie zabolało, to…

Pan Vader czeka już w zbiorniku. Marketing zaciera rączki

Pan Vader czeka już w zbiorniku. Marketing zaciera rączki

Mrugnięć okiem czar (spoilers!)

Ktoś stwierdził, że film nie obroni się sam. Że nie można zbudować obrazu, który będzie oparty na oryginalnym pomyśle, nie wsadzając tam elementów filmów późniejszych. Pojawia się nam więc nie tylko Mon Mothma (która jest dziwnie nieobecna w cz. IV i V) w bazie Rebeliantów na Yavin IV, ale cała gama postaci pobocznych, czy elementów zwyczajnie niepotrzebnych mających za zadanie służyć jako takie puszczanie oczek. Rozumiem jeszcze obecność Grand Moffa Tarkina, ponieważ jest on bardziej istotny dla fabuły niż sam Krennic, jednak R2-D2, C-3PO, Leia, Vader, Bail Organa czy gość, który w  Nowej Nadziei  straci rękę… wyrzućcie to wszystko i NIC się nie zmieni. To nie jest delikatne połączenie z kolejną częścią – to są nachalne nawiązania, wrzucone do filmu tylko po to, żeby pokazać, że to integralna część Gwiezdnych Wojen! Ktoś stwierdził, że gdyby tak nam cały czas nie mrugał, nie puszczał oczek, nie szturchał podczas seansu („patrz, patrz tutaj! to eskadra rebeliantów, to dlatego Luke jest Red 5!”) to by się to nie udało…

Rozumiem to zagranie, wierzę też, że wielu osobom te smaczki się podobają, jednak gorzej, kiedy ze smaczków robi się główny element reklamy filmu. Tak jest np. z kompletnie niepotrzebnym w tym filmie Darth Vaderem. Sceny z nim są ewidentnie nastawione na to, żeby były COOL, BADASS, AWESOME. Chyba nie tak powinny wyglądać filmy, prawda?

Innym aspektem jest „wskrzeszenie” Petera Cushinga czy odmłodzenie Carrie Fisher i nałożenie jej twarzy na inną aktorkę. Jakkolwiek w przypadku Lei to jeszcze działa, tak Tarkin na tle innych żywych aktorów strasznie się wybija ze swoją plastikową twarzą. Gdyby to była cut-scenka w jakiejś grze, to miałbym szczękopad i byłbym pełen podziwu jak daleko do przodu poszła technologia. Niestety postać Wielkiego Moffa pojawia się na tyle dużo w filmie, że przeszkadzało mi to i wybijało mnie z rytmu podczas seansu. Zwyczajnie nie mogłem się skupić na tym, co on tam nawija, a patrzyłem na tę jego komputerową twarz. Mimo wszystko jestem ciekaw jak w przyszłości zostanie wykorzystana podobna technologia.

Łatka do Nowej Nadziei

Wszyscy, którzy oglądali Epizod IV zaśmiewają się z tego, w jaki sposób Gwiazda Śmierci została zniszczona (ups, spoiler!). Ktoś postanowił, że wytłumaczy ten dziwny fakt i ogólnie na tym zbudowany jest cały koncept filmu. Tyle, że było to kompletnie niepotrzebne. Luka konstrukcyjna mogła pozostać niewytłumaczona, a film mógł się skupić na samej kradzieży planów tej niszczycielskiej broni. Kiedy pierwszy raz pojawiły się przecieki dotyczące Łotra. mówiło się o filmie łączącym Siedmiu samurajów z Ocean’s Eleven. Mówiono o tzw. heist movie, czyli filmie o skoku, kradzieży. Moim zdaniem niewiele z tego ostało się w produkcji. Bohaterowie latają z miejsca w miejsce zdobywając informację za informacją, w większości jest to dzieło kompletnego przypadku, ostatecznie dolatują do placówki Imperium, w której znajdują się plany Gwiazdy Śmierci. Plan na ich zdobycie? Idziemy na całość! Jazda! Próba zdobycia planów zakrawa na lekką kpinę z inteligencji widza, ale spoko – strzelajo się, jest kosmos, „Star Wars, kurwa!”. Gdzie moje dylematy moralne związane z postacią Gelena Orso, architekta Gwiazdy Śmierci – przecież to zasługiwało na rozbudowany wątek w filmie, a sprowadza się do dwóch kwestii dialogowych. Gdzie mój skok na placówkę Imperium, zaplanowany, wyrachowany i, choć ze stratami, zakończony sukcesem? Nie ma. Nie mam zwyczajnie nic dobrego do powiedzenia o fabule, bo najzwyczajniej w świecie jest pretekstowa i prowadzi mnie jedynie do pytania:

Peter Cushing powraca zza grobu!

Peter Cushing powraca zza grobu!

Po co ten film powstał?

Doskonale jestem w stanie odpowiedzieć słowami piosenki Republiki – „wyłącznie dla mamony”. Ale do rzeczy. Twórcy zdaje się chcieli zadowolić  wszystkich – zapowiadali film mroczny, tak bardzo osadzony w świecie Gwiezdnych Wojen. Co więc dostaliśmy? Wrzucono fabułę tuż przed Nową Nadzieją (serio, film kończy się praktycznie w miejscu, w którym zaczyna się Epizod IV). Dzięki temu możemy wrzucić wspomniane już wcześniej przez wszystkich znane postacie. Miało być mrocznie? Wszyscy giną… Świat Gwiezdnych Wojen? No przecież statki są, dwaj obcy na krzyż, tam się gdzieś pojawia Ponda Baba, no Star Wars, przecie widzicie! Tylko… tylko, że nie. Nie czuć tego, że jest to świat pełen obcych, niesamowitych gatunków. Cała obsada Rebelii poza admirałem Raddusem jest chyba ludzka. No i jeszcze koniecznie wepchnęli tego Vadera, bo przecież bez chociaż jednego Jedi i miecza świetlnego film nie miałby racji bytu.

Szkoda, że zmarnowano ten film – przez próbę zadowolenia wszystkich dookoła film stracił możliwość bycia czymś wyjątkowym i oryginalnym. Moim skromnym zdaniem tanie chwyty marketingowe sprawiły, że filmem można się zadławić niczym Krennic swoimi ambicjami.

Dyrektor Krennic - najbardziej nieistotny złol z Gwiezdnych Wojen, już Watto lepiej się spisał

Dyrektor Krennic – najbardziej nieistotny złol z Gwiezdnych Wojen, już Watto lepiej się spisał

Co poszło dobrze?

To, co muszę pochwalić, to rozszerzenie lore Gwiezdnych Wojen. Nie ma szału co prawda, ale pojawiają się nowe planety o losowych nazwach, które pewnie gdzieś w książkach czy komiksach zyskają później na znaczeniu. O, te kryształy kyber od mieczy świetlnych. Że niby Rebelia nie jest jednomyślna i jest np. Saw Gerrera (również zmarnowana rola Foresta Whittakera), który jest rebelianckim ekstremistą. Nie wiem, co jeszcze. Widoczki są ładne. K2-SO śmieszny. Poproszę kurtynę.

Wszystko to po prostu takie blade i przesłonięte pozostałymi wadami. Trochę przykro, ale jak widać jestem w mniejszości, a ludzie po raz kolejny zagłosowali portfelami na miernotę i nadmierne jechanie po nostalgii. To się w końcu sprzedaje – po co budować coś nowego, próbować nowych pomysłów? Ano nie ma takiej potrzeby. Wpływające zyski z Box Office świadczą o tym, że ludzie chcą tego samego, tylko że z lekkim twistem, tak odrobinkę zmienione – na tym jedzie całe Marvel Cinematic Universe i zdaje się, że ta „marvelizacja” czeka też kino Gwiezdnych Wojen.