FILMownik: Mad Max Fury Road. Na progu szaleństwa

My name is Max. My world is fire and blood” – tak zaczyna się nie tylko najbardziej szalony film tego roku, ale i najbardziej kompletny.

Kiedyś myślałem, że szczytem szalonych pomysłów jest seria gier „Borderlands”, która epatuje absurdem i eskalacją zakręconych pomysłów. Mad Max wciąga „Borderlands” nosem i przedstawia prawdziwe szaleństwo.
Podczas pisania tego tekstu postanowiłem nadrobić oryginalną trylogię filmów wspierając się ścieżką dźwiękową z najnowszej części. Byłem lekko zaskoczony pierwszą częścią, która do najnowszej, apokaliptycznej wizji po prostu nie pasuje. Zmiana podejścia do kina, budżet i cała ta otoczka to jednak materiał na oddzielny wpis, który pewnie zrodzi się po przemarszu tegorocznych remake’ów i sequeli. Warto było jednak zobaczyć jaką ścieżkę przeszedł Max, by pokazać nam swoje prawdziwe oblicze. 1MYxDtcPunrLtEOyUATk0DIVnwb
I LIVE, I DIE, I LIVE AGAIN! Definicja opowieści
Opisanie „Borderlands” w jednym zdaniu jest niemożliwe. Gra ta jest tak kosmicznie zakręcona, że podstawa fabularna schodzi na dalszy plan i jest pretekstem do kolejnych odjechanych akcji. „Fury Road” prezentuje jednak z goła odmienne podejście – fabuła tego filmu jest prosta jak konstrukcja cepa. W większości współczesnych filmów pretekstowa fabuła jest poważnym powodem do narzekań i jednym z minusów filmu (vide „Transformers 4”), w wypadku najnowszego filmu Millera mamy do czynienia z dziełem tak kompletnym, że braki w fabule są nie tylko niezauważalne, co świadomie pozwalamy im przemknąć koło nosa ponieważ film jest po prostu tak dobry.

 

Nieśmiertelny Joe wysyła Furiosę po benzynę do Oktanowego Miasta oraz amunicję do Farmy Pocisków. Furiosa jednak ma inny plan. We wszystko przez
przypadek zostaje wplątany Max. – tak brzmiałby opis filmu w Tele Tygodniu.
Co ciekawe scenariusz filmu nie został napisany w tradycyjny sposób, a powstawał jako story-boardy. Takich komiksowych kadrów pokazujących akcję filmu na papierze powstało 3500! Ta scenariuszowa asceza sprawia, że w filmie nie pojawiają się niepotrzebne sceny, nie czuć, że coś zostało wycięte lub jest czegoś za dużo. Jest jeszcze jeden aspekt tego wszystkiego – brak zbędnych dialogów, które do niczego nie prowadzą. Każdy jeden jest powodem do ekspozycji postaci, lub przedstawienia jakiejś istotnej motywacji postaci. Max (Tom Hardy) i Furiosa (Charlize Theron) zaś są tak rewelacyjnie zagrani, że wystarczą ich spojrzenia, gesty, czy nieraz chrząknięcia, byśmy zrozumieli, o co chodzi. Coś pięknego i rzadko spotykanego dzisiaj w kinie.

 

VALHALLA! Definicja piękna
Film jest piękny. Niesamowita stylistyka obrazu sprawia, że kolejne kadry sycą oczy na wizualnej uczcie jaką jest ten obraz. Nasycenie ciepłymi pomarańczowymi barwami lekko odrealnia ukazaną w filmie pustynną Pustkę (Wasteland), czyni ją piękniejszą, mniej groźną niż jest w rzeczywistości. Dodatkowo stoi to w kontraście do nasycania obecnie filmów nadmiernie kolorem niebieskim (vide „Człowiek ze stali” czy trailery „Jurassic World”). Ujęcia i praca kamery w tym filmie są powalające. Myślę, że każdy kto ujrzał pustynną burzę w filmie był oczarowany tym, jak pięknie można przedstawić to zabójcze zjawisko. Jeszcze te kadry, które na krótki moment potrafią zostać puste i George Miller pozwala nam się cieszyć pięknem stworzonego przez siebie świata.

George Miller stwierdził, że najlepszą wersją jego filmu jest wersja czarno-biała. Nie patyczkował się i wymusił jej umieszczenie na krążku Blu-Ray, który trafi do sprzedaży prawdopodobnie jesienią. Efekt zmniejszenia nasycenia kolorów nie podobał się twórcy, więc postanowił pójść o krok dalej i pokazać wersję wypraną z kolorów poza czernią i bielą.

 

WITNESS ME! Definicja postaci
Wyobrażacie sobie film bez wstępnej ekspozycji postaci? Bez przedstawienia bohaterów? Pamiętacie jakiś taki w ostatnich latach? Ja nie. „Mad Max” to robi. Rzuca nas w środek akcji, a my wcale nie potrzebujemy, żeby Max się przedstawił i powiedział kilka słów o sobie. Furiosa nie musi opisywać swojego trudnego dzieciństwa, a Immortan Joe zachowuje swoje plany dla siebie. Pomimo tego wiemy o nich wystarczająco, tylko tyle i właśnie tyle, ile potrzeba, by oglądać ten film bez zadawania sobie niepotrzebnych pytań.
Tom Hardy, grając Maxa, pomimo braku aparycji Dwayne’a Johnsona, gra takiego twardziela, który mógłby spojrzeniem zapłodnić wszystkie pięć żon Nieśmiertelnego Joe. Ponadto dialogowa asceza u tytułowego bohatera sprawia, że każde jego słowo, każde wypowiedziane zdanie zyskuje na znaczeniu i ma w sobie ordynarnie mówiąc pierdolnięcie. W sumie to Max nie musi nic mówić – i tak ma pierdolnięcie.
Cały feministyczny aspekt filmu ma swoje uosobienie w postaci Furiosy. Charlize Theron pokazała, że na Oscara zasługiwała i dalej potrafi grać. Wielu uważa, że to właśnie ona jest główną bohaterką filmu. Moim zdaniem jej rola jest równorzędna do samego Maxa. Chemia między tymi bohaterami została rewelacyjnie pokazana – rodzenie się więzi zaufania i zrozumienia pomiędzy Maxem i Furiosą, bez dorzucania niepotrzebnie wątku romantycznego do tego wszystkiego. Wydawałoby się, że w dzisiejszym kinie jest to niemożliwe, a jednak da się.
Ciężko tutaj nie wspomnieć o roli kobiet w filmie, które przedstawione są jako silne i samowystarczalne, które z opresji nie muszą być ratowane przez mężczyznę, co jest tak stereotypowe dla współczesnego kina. Zdaje się, że zdanie „We are not things” wypowiedziane przez jedną z żon najlepiej przedstawia ten aspekt, ale jest tylko jedną z kwestii, która ma znaczenie w filmie. Są jeszcze syrenie Liczne Matki (Many Mothers), czy każda z żon uosabiająca jakąś inną cechę.  Swoją drogą, co zauważyła Kasia, mówienie o tym, że ten film jest taki feministyczny, to zapętlenie się w unikaniu stereotypów, a tym samym jednak nieświadome kultywowanie ich. No bo co, jak w filmie gra dużo kobiet, to musi być od razu feministyczny? Faktem jest jednak, że w naszej głowie zakorzenione są pewne schematy fabularne i odstępstwa od nich są dla nas zaskoczeniem. Dam sobie rękę uciąć, że wiele osób myślało, że Max w kilku scenach wróci nagle i wszystkich uratuje, ku naszemu zaskoczeniu dziewczyny radziły sobie doskonale same. Nasze oczekiwania oczywiście wynikają również z tego, że film jest zatytułowany „Mad Max”, czym lekko zobowiązuje do ekspozycji roli tytułowego bohatera w całej tej historii.
Mamy jeszcze Nuxa, jednego z Wojennych Trepów (War Boys), granego przez Nicolasa Houlta (Bestia z „X-Men Pierwsza Klasa”). Chłopak dodał temu filmowi tak wyjątkowego kolorytu, że ciężko go w ostatecznym rozrachunku nie polubić! Cała ta postapokaliptyczna otoczka i religia powstała wokół Nieśmiertelnego Joe pozwala nam się tak łatwo wślizgnąć w ten świat, a Nux jest właśnie tym bohaterem, który jest naszym przewodnikiem. PODZIW!
Poza głównymi bohaterami świat Mad Maxa zapełnia tyle barwnych postaci, że starczyłyby na osobny wpis – Immortan Joe, Rictus, Major Kalashnikov, People Eater, wspomniane już Many Mothers czy żony. Warto wszystkie te kreacje zobaczyć na dużym ekranie i przekonać się, jak można wypełnić dwugodzinny film postaciami, które nie są tłem, a mają wystarczająco ekspozycji dla siebie by mieć znaczenie.
fury-road-sets-the-bar-for-every-action-film-to-come-hugh-keays-byrne-as-immortan-joe-402198

Immortan Joe pędzi na spotkanie z Maksiem

  WHO KILLED THE WORLD? Definicja brzmienia
Muzyka, muzyka, muzyka – jest obecna niemalże przez cały film i jest cudownym dopełnieniem każdej jednej sceny w nim. Pomysł przeplatania metalowych, gitarowych brzmień, które tak idealnie wpisują się w obraz Mad Maxowej rzeczywistości z muzyką klasyczną zasługuje na Oscara. Dodatkowo uwydatnienie gitarowych riffów czy dźwięków bębnów, gdy te pojawiają się w danej chwili na ekranie, cudownie dopełniają immersję filmu. Nie ma co, chłopak z gitarą jest niekwestionowanym hitem tego filmu, a jego riffy, którym towarzyszy gitarowy miotacz ognia… cóż komentarz nie jest potrzebny. Junkie XL odwalił piekielnie dobrą robotę. Ciągle. Słucham.

 

PERFECT IN EVERY WAY. Definicja dobrego kina
Film doskonale bawi się ze schematami. Jest tu mniej fabuły i więcej wybuchów niż w „Transformersach” Baya, a film ten nie ma żadnego z braków wspomnianej wybuchowej produkcji. W tym filmie znalazło się wszystko – motywy mesjanistyczne, subtelnie zarysowany romans, który dodatkowo nie dotyczy tytułowego bohatera, czy nawet motyw poświęcenia, który wcale nie jest tak prosto zrealizować (tak Joss, „Avengers 2” zajeżdżają w tym aspekcie jeszcze większą sztampą niż wcześniej!).

 

 Jednym słowem – można wstrzymać swoje funkcje życiowe na dwie godziny i cieszyć się seansem, który jest tak kompletny, jak to tylko możliwe. Dawno żaden film tak mi się nie podobał. Żywcem nie ma się do czego przyczepić.

 

Post Mortem
W związku z tym, że film okazał się tak wybitny cieszy kilka rzeczy.
Pierwsza z nich jest to, że George Miller robiąc story-boardy i pracując nad filmem zebrał tyle materiału, że z czystym sercem zapowiedział drugą część zatytułowaną „Mad Max: The Wasteland”.

Drugą jest to, że Tom Hardy ma podpisany kontrakt na cztery (sic!) filmy, co daje nadzieje na renesans kina post-apo, nawet jeśli to będą tylko cztery filmy z Maxem.

Trzecią zaś jest to, że świat „Mad Max” się rozrośnie, w tym miesiącu ma premierę kilka Mad Maxowych zeszytów, a do końca roku będziemy mieli okazję zagrać w grę „Mad Max” od studia Avalanche (seria „Just Cause”), która zaoferuje nam otwarty świat, do przemierzenia ukochanym V8.
PS. Tutaj możecie podziwiać porównanie oryginalnych scen z tymi ze zrealizowanego już filmu.