Roztańczony „La La Land”

La La Land” zdecydowanym krokiem wchodzi na ekrany kin i to w jakim stylu! Zachęcony tymi wszystkimi nagrodami postanowiłem przekonać się na własne oczy czy cały ten szał wokół filmu ma jakąś rację bytu. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że cała sala jest zajęta, a na sali pozostały jedynie dwa puste miejsca.

Tak czy inaczej udało mi się dostać na film!

Musical Damiena Chazellea (twórcy „Whiplasha”, ale do tego jeszcze wrócimy) opowiada o dwójce marzycieli – granej przez Emmę Stone Mii, która pracuje w hollywoodzkiej kawiarni i chodzi na kolejne castingi, oraz Sebastianie Ryana Goslinga, którego największym marzeniem jest otworzenie jazzowej knajpy, tymczasem musi grać kolędy zamiast prawdziwej muzyki.

Brzmi tandetnie, co? Efekt jest jednak rewelacyjny! Takie połączenie konceptu „dziewczyna poznaje chłopaka”, z „od zera do milionera” (no może bez przesady). W dodatku reżyserowi udało się przeciągnąć moment tego „pierwszego prawdziwego” spotkania bohaterów, co sprawiło, że siedziałem na szpilkach i czekałem z takim niesamowitym uczuciem „no dawać to wreszcie!”.

No dobra, ale co w tym filmie poza tym wyjątkowego? Co tak porywa wszystkich dookoła?

Odpowiedź jest prosta i widnieje już na plakatach – cała stylistyka filmu. Wyobraźcie sobie musicale z lat 30-40-50, które są zrealizowane teraz. Nie jest to jednak pastisz, a współczesny film z niesamowitym wykorzystaniem charakterystycznej otoczki z tamtych lat. Reżyser używa do tego żywych, pastelowych kolorów, barwnych kostiumów, niesamowitej, niemal sztucznej scenografii, odrealnia tła, a jestem pewien, że jest jeszcze więcej zabiegów których użyto by uzyskać ten efekt jaki widzimy w filmie.

Na pewno warto jeszcze wspomnieć o niebagatelnej roli światła w produkcji. Pierwszą rzeczą, która się rzuca podczas seansu jest wykorzystanie światła padającego tylko na jedną postać. W kluczowych scenach całe tło gaśnie, wszystko poza bohaterem (ewentualnie jakimś instrumentem czy rekwizytem) zapada się w mrok i liczą się tylko emocje, ruchy czy gesty. Skąpanie aktora w „boskim blasku” (ang. godrays) daje nam poczucie niesamowitej intymności i buduje relację, której często próżno szukać w innych produkcjach. Oglądając te fragmenty w towarzystwie muzyki, która cały czas dźwięczała mi w głowie sprawiało, że czułem się jakbym słuchał sekretów Mii i Seba. Gra światła jednak nie ogranicza się tylko do tych krótkich chwil. Blask latarni, zachody słońca, oświetlenie nocnego klubu – we wszystkim tym udaje się zbudować określoną atmosferę, wydobyć jak najwięcej koloru z wszystkiego co pojawia się na ekranie. Muszę powiedzieć, że dało to rzadko spotykany w kinie efekt.

Istotną rolę w produkcji odgrywają też niesamowicie długie ujęcia. Mamy np. piękną scenę spaceru zwieńczoną wspaniałym utworem muzycznym, która jest jednym, długim ujęciem. Oczywiście dzisiejsza technika pozwala nam na niezauważalną manipulację obrazem, którą twórcy potrafią doskonale retuszować, jednak całe utwory muzyczne pokazane bez absolutnie żadnych cięć nadają niesamowitego dynamizmu całemu filmowi.

Technikalia na bok, wróćmy do historii. Ta składa się w większości z klisz i mnóstwa scen inspirowanych, albo wręcz modelowanych po tych starych musicalach. To tak jakby reżyser wrócił do domu, wyciągnął jakieś zakurzone VHSy spod łóżka i zaczął oglądać te wspaniałe filmy po czym postanowił wyciąć to co mają do zaoferowania najlepszego, wrzucić to we współczesne realia i… et voila! „La La Land” w całej swojej okazałości.

Kiedy wracam pamięcią do filmu, to ciężko mi przypomnieć sobie coś co wyjątkowo nie przypadło mi do gustu. Piosenki wykonywane przez aktorów zostały specjalnie napisane pod film, dzięki czemu idealnie grają w całym kontekście fabularnym. Można powiedzieć, że uzupełniają wszystko to co mają do zaoferowania sami bohaterowie dołączając do nich. Zresztą motyw muzyczny, który pojawia się już w samej scenie otwierającej i przez te dwie godziny filmu wierci nam czaszkę rozwija się wraz z tym co dzieje się na ekranie, by na koniec uderzyć z niesamowitą wręcz siłą i po skończonym seansie zostawić nas bez słów. Może się mylę, ale dawno już w musicalu nie słyszałem tak wyrazistych utworów. „A Lovely Night” jest jedną z najlepszych utworów musicalowych, które buduje relacje bohaterów i przez długi czas będzie mi siedziała w głowie.

Emma Stone i Ryan Gosling już wcześniej mieli okazję spotkać się na planie „Kocha, Lubi, Szanuje”, gdzie stworzyli całkiem przyjemną ekranową parę. Nic dziwnego, że to o ich relację oparty jest film, a wszystkie pozostałe postacie są jedynie tłem. Od pierwszych minut czuć chemię, która istnieje między Sebem i Mią, a im dalej tym bardziej jesteśmy zaangażowani w ich relację.

Obie gwiazdy zresztą wnoszą do filmu odrobinę siebie.

Gosling swoją karierę aktorską rozpoczął w The All-new Mickey Mouse Club. Tam zaczynali też Justin Timberlake, Christina Aguilera czy Britney Spears. Ten mocny start jednak nie przełożył się od razu na pasmo sukcesów. Mimo bycia docenianym chociażby za „Notatnik”, aktor po premierze „Słabego punktu” przerwał na 3. lata karierę aktorską by powrócić dopiero w „Drive”. Zresztą Ryan miał jeszcze kilka takich, dłuższych lub krótszych wzlotów i upadków. Zdaje się, że właśnie tych doświadczeń użył kreując trochę sinusoidalną postać Sebastiana. Wiecie, takiego raz hurraoptymistycznego, super zmotywowanego kolesia, a z drugiej strony mruczka, który robi to co robi, bo stwierdza, że to najlepszy sposób na życie i tak musi być.

Emma Stone wcale nie miała łatwiej w życiu. Ciężko sobie teraz wyobrazić, że ta wspaniała, urodziwa aktorka zaczęła grać na scenie żeby przezwyciężyć dziecięce napady paniki! Początki jej „zawodowego” aktorstwa wyglądały dla niej tragicznie i, tak jak w przypadku Goslinga, właśnie te castingowe porażki posłużyły jej za kanwę roli. Dzięki temu tak wspaniale zagrała aktorkę, której się nie powodzi. A tak swoją drogą wyobrażacie sobie, że to ona mogła zagrać w „Heroes” Claire Benner zamiast Hayden Panettiere? Może wtedy by nie anulowali tego serialu.

Oboje aktorów wkłada całe serce w swoje role, co widać od pierwszej do ostatniej sceny. Dodatkowym atutem filmu jest jeszcze pasja do jazzu tak dobrze znanego każdemu kto oglądał „Whiplash” – poprzedni film Damiena Chazella. Właśnie! Bo do „Whiplasha” miałem wrócić. Oba filmy, prócz oczywiście muzycznego tematu przewodniego, mają też wspólny motyw fabularny. Pogoń za marzeniami. W poprzedniej produkcji była to chorobliwa ambicja, dążenie do celu pomimo wszelkich przeciwności (pomijam tutaj sadystycznego nauczyciela, bo bohater grany przez rewelacyjnego Tellera i tak chciał zostać najlepszym perkusistą od czasu Budda Richiego), tutaj chodziło raczej o znalezienie w sobie motywacji by tych marzeń nie porzucać. Dodatkowo Chazell oferuje nam ciekawe spojrzenie na to czy możliwa jest miłość i spełnienie marzeń równocześnie. Oczywiście każdy może ocenić samodzielnie czy wersja historii przedstawiona przez reżysera mu się podoba, czy lepiej by się czuł z innym zakończeniem. Mi się wizja reżysera …

Może dopowiadam sobie rzeczy, których w filmie nie ma, ale odnoszę wrażenie, że bohaterowie musieli się spotkać by zrealizować swoje marzenia. Mia chociaż na początku nie trawi jazzu, zakochuje się w muzyce Seba i cały czas wierzy w to, że kiedyś otworzy ukochany bar. Seb zaś staje się największym fanem Mii motywując jej do bardziej proaktywnego działania, zamiast jedynie odpowiadania na pojawiające się ogłoszenia castingowe.

Tak jak się zastanowić to można „La La land” nazwać taką dorosłą fantazją. Tutaj po seansie odnajduję  chyba jedyny minus filmu. Ta fantazja, sprzedawana przez reżysera jest utrzymywana przez niemal cały film. Słodko-gorzki element, który pojawia się w zakończeniu wypada wobec tego nieprzekonująco.

Nie ujmuje to jednak niczego całej produkcji i w tym momencie, tak samo jak po „Whiplashu”, siedzę wsłuchany w soundtrack i rozbudzam w sobie ponownie miłość do jazzu. Nie ma tu co prawda kolejnego Caravan, utworu, który budował napięcie w filmie, mamy za to taneczne utwory, które rozjaśniają niebo i sprawią, że rano chętniej wstaniemy z łóżka by realizować swoje marzenia.