FILMownik: Jak małpy grały lepiej od ludzi

Kiedy bardziej niż grę aktorów doceniasz animatroniczne wyczyny Andy’ego Serkisa wiedz, że coś się dzieje!

Oscary 2014 to już od dawna przeszłość, ale jako, że połowa roku za nami fajnie jest zacząć nadrabiać filmowe zaległości. Zaczałem troche niestandardowo od nagrody przyznawanej za:

wybitne osiągnięcia w dziedzinie efektów specjalnych.

Nominowanych było pięć filmów: „X-Men Przyszłość, która nadejdzie”, „Strażnicy Galaktyki”, „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz”, „Ewolucja Planety Małp”, „Interstellar”. Zastanawiam się jeszcze czy w jakiś sposób skomentować komiksowe blockbustery, które miałem okazję oglądać na kinowym ekranie. Do nadrobienia pozostały mi dwa z pięciu nominowanych filmów – „Ewolucja Planety Małp” oraz „Interstellar”.

Charakteryzacja poszła do przodu

Charakteryzacja poszła do przodu

O „Planecie Małp” słyszał chyba każdy, jednak dla osób, które jakimś cudem przeleżały w lodówce od 1963, kiedy ukazała się książka, na podstawie której powstała oryginalna ekranizacja (1968) krótko i na temat:

grupa astronautów rozbija się na nieznanej planecie, którą rządzą wysoce rozwinięte technologicznie małpy, a ludzie pełnią rolę niemych niewolników.

Stara seria liczyła pięć filmów, z których każdy kolejny był ponoć gorszy od poprzedniego. Był jeszcze daleki od wybitnego remake serii w wykonaniu Tima Burtona z sztywnym Markiem „jedna-twarz” Whalbergiem. Minęło wiele lat i ktoś stwierdził, pokażmy to jeszcze raz i zacznijmy od początku. Tak powstała „Geneza Planety Małp” (Rise of the Planet of the Apes), która spoileruje największy twist oryginalnego filmu, ale co tam…W końcu oryginał zna każdy!

„Ewolucja Planety Małp” to druga część nowej serii, kontynuująca wątki z „Genezy…”, zmierzając w kierunku Ziemi opanowanej przez małpy. Na początku mamy bardzo ładne streszczenie wydarzeń po „Genezie…”. Minęło od nich 10 lat, a lek na Alzheimera ALZ-<tutajbylyjakiescyferki> stał się wirusem, który zdziesiątkował ludzką populację. Wszystko to pokazano w postaci kolażu scen z wiadomości okraszonych muzyką i ładną animacją rozprzestrzeniania się epidemii (w sumie na czasie, bo Ebola). W skrócie – dużo ludzi umarło, każdy płacze za żoną/matką/córką/synem/tatą/mężem, a małpy wyprowadziły się do lasu niedaleko San Francisco.

Dawn of the Planet of the Apes - film, w którym małpy grają lepiej niż ludzie

Dawn of the Planet of the Apes – film, w którym małpy grają lepiej niż ludzie

Punktem zapalnym fabuły jest przerwanie spokojnej egzystencji małp w lesie przez złych ludzi. Wiadomo, zawsze znajdzie się jakiś kretyn, który strzeli do biednego nieświadomego szympansa, który obserwował z zaciekawieniem człowieka. No i miał dzidę przy sobie, ale to nieistotne. Pojawia się tym samym pytanie – czy małpy mogą koegzystować z ludźmi? Wiemy, że ostatecznie Ziemia skończy jako Planeta Małp, a my – Homo Sapiens będziemy szympansom i innym małpiatkom robić kanapki i zbierać bawełnę czy coś. Odpowiedź sama się nasuwa. Nic w tym filmie nie zaskakuje (może poza fatalną rolą Gary’ego Oldmana, ale o tym zaraz), więc oglądamy historię, która musiała się wydarzyć. Jako bonus dostajemy odrobinę absurdów fabularnych jak małpy strzelające z karabinów (ewidentnie szkolenie z broni jest zbędne…) bez końca (czy w zoo uczy się przeładowywać broń?). Już bardziej wiarygodnie wyglądałby zmasowany atak żołędziami.

Wypadałoby w sumie wspomnieć coś o aktorstwie i aktorach… Jednak nie ma za bardzo o czym – ludzkie postacie są, niestety snują się przez cały film bez konkretnego celu i charakteru. Jest Dobry Człowiek, który jest dobry. Jest Pani Doktor, która jest potrzebna fabule, jest Człowiek-Kretyn, który zabija małpę i wiemy, że będzie kretynem przez cały film. Jest Obrońca Ludzkości, który nie wierzy, że szympansy mogą być dobre – w tej roli wyjątkowo fatalny Gary Oldman, który nie wiedzieć czemu po raz kolejny gra komisarza Gordona, szkoda tylko, że nigdzie w filmie nie ma Batmana, a San Francisco w żadnym stopniu nie przypomina Gotham.

Jest jednak coś o czym warto wspomnieć – małpy i aktorzy wcielające się w nie za pomocą performance capture. Andy Serkis odwalił niesamowity kawal roboty przyczyniając się do rozwoju tej technologii. Kreacja dwóch głównych bohaterów człowiekowatych Cezara i Koby jest niesamowita, zdecydowanie bardziej przypadła mi do gustu niż cała „ludzka” obsada. Emocje, które są widoczne na twarzach szympansów, gesty, którymi operują – coś pięknego. Z pewnością duża w tym też zasługa efektów specjalnych, o których wspomnę jeszcze zdaniem niżej. Oglądając kolejne sceny ma się wrażenie, że role ludzkie zostały wrzucone do scenariusza jedynie po to, by cały ten konflikt miał jakieś podstawy. Pałętają się tylko po planie, irytując i zajmując czas ekranowy małp.

Studio, które wybiło się na Władcy Pierścieni pokazuje cały czas, że jest niezrównane w tym co robi.

Studio, które wybiło się na Władcy Pierścieni pokazuje cały czas, że jest niezrównane w tym co robi.

Jeśli zaś o efekty chodzi… Czy wspominałem już, że małpy zostały pokazane przepięknie! Wyglądają jak równie żywe co ludzie stojący obok nich – coś niesamowitego. WETA Workshop odwaliło kawał dobrej roboty, nic dziwnego, że jest to jedno z najbardziej cenionych studiów odpowiedzialnych za efekty specjalne. Jedyne zgrzyty, które występują pojawiają się w momentach, w których szympansy wchodzą w bezpośrednią interakcję z ludźmi, ale wydaje mi się, ze to wynika tez z umiejętności aktorskich poszczególnych członków obsady. Można też się dopatrzeć małych braków w finałowej sekwencji filmu, ale to idzie wybaczyć bo przepełniona jest akcją, napięciem i sporą dawką dramatu.

Jeszcze o jednym muszę wspomnieć – jedna z sekwencji akcji ze statyczną kamerą na wozie opancerzonym jest pięknie zrealizowana, chociaż moim skromnym zdaniem mogłaby być odrobinę dłuższa.

Mimo tego całego narzekania i minimalnie niższego poziomu od części pierwszej rebootu film zapewnia sporą dawkę rozrywki i jest po prostu dobry (ale nic więcej!). Kreacja Cezara zaś zasługuje na nominację do Oscara (zarówno za główną rolę męską jak i efekty specjalne jej towarzyszące) – wprost nie mogę się nadziwić jak daleko idą dzisiejsze efekty specjalne.

W kolejnej notce uraczę was kolejną „recenzją” filmową, chociaż wydaje mi się, że nie będzie tak wylewna, bo film oglądałem już z tydzień temu, więc spora część elementów zaciera się powoli w mojej pamięci.