FILMownik: Przez trudy do gwiazd! (Nolan Edition)

Kolejny tydzień i kolejny film. Dalej siedzimy w kategorii Oscarów za wybitne osiągnięcia w efektach specjalnych. Do obejrzenia został jedyny film, który jest oparty na oryginalnym pomyśle… Niesamowite, że w Hollywood wciąż można znaleźć autorskie dzieła! Tak więc, proszę państwa oto „Interstellar”. Interstellar1

Podróż do gwiazd

Droga Christophera Nolana do bycia uznanym twórcą trwała bez mała dziesięć lat. Pierwszy jego film „Śledząc” przeszedł bez specjalnego echa. Doceniony został dopiero po kinowej premierze „Memento”. Zaistniał w publicznej świadomości tym nietuzinkowym obrazem – historia człowieka, który ma uszkodzony ośrodek pamięci długotrwałej i jest zdeterminowany, by znaleźć mordercę i gwałciciela swojej żony, była powiewem świeżości w ówczesnym kinie zarówno pod względem fabularnym jak i realizacyjnym. Dzięki tej produkcji jednak zrobiło się o nim głośno i dostał szansę realizacji trylogii o Batmanie, filmów może nie wybitnych, ale zdecydowanie rozrywkowych. Prywatnie uważam, że każda kolejna część była mniej o Batmanie, a bardziej o wszystkim innym, jednak ciężko nie uznać wspaniałej roli Ledgera w „Mrocznym Rycerzu”. Oczywiście do popkultury wszedł też hit Nolana z 2010 roku „Incepcja”, w której mnóstwo ludzi doszukiwało się głębi tam, gdzie jej nie było – świetna okazja na poruszenie tematyki snów, z rewelacyjnym wręcz pomysłem została zmarnowana na rzecz filmu o bączku. Film zyskał mnóstwo fanów, odniósł sukces kasowy, co w efekcie pozwoliło Nolanowi na realizowanie kolejnych autorskich obrazów. Byłbym zapomniał, ale Nolan ma jeszcze jeden rewelacyjny film w swoim dorobku – „Prestiż”. Jeden z najlepszych filmów rozrywkowych, jakie widziałem. Jeszcze o nim napiszę, gdy tylko będę miał okazję go odświeżyć.

Przejdźmy do „Interstellar”!

Film jest początkowo bardzo toporny w odbiorze. Pierwsze pół godziny (z zegarkiem w ręku, bo często zerkałem) to typowy film obyczajowy, w którym w sumie nic, ale to NIC konkretnego się nie dzieje. Przedstawienie świata mogło wyjść zdecydowanie lepiej, szczególnie, że pojawia się kilka scen, które są czymś w rodzaju paradokumentalnych futurospekcji, gdzie starzy ludzie wspominają o tym, co przed chwilą widzieliśmy, lub za chwilę zobaczymy na ekranie. Pomysł wyjątkowo przypadł mi do gustu. Szkoda, że został błyskawicznie porzucony i przez resztę filmu do niego nie wrócono. Cóż, można było zaoszczędzić na budżecie, z trzydziestu minut zrobić pięć i tyłek by widzów nie bolał tak bardzo, gdy z trzygodzinnego seansu wyszliby po dwóch i pół godziny! No dobra… więź emocjonalna między widzem, a bohaterami nie byłaby tak dobrze nawiązana, ktoś powie. Tyle, że tej więzi… no w sumie to i tak nie ma (albo jestem skubańcem bez serca!). Fabuła. Nie ma co na nią zbytnio narzekać, na pewno jest to coś czego dawno nie widzieliśmy w kinie sci-fi (szczególnie, że panuje posucha, jeśli chodzi o dobre filmy). Zarys jest całkiem w porządku – ludzkość przymiera głodem, pola zbóż są wyjaławiane, burze piaskowe ledwo dają żyć, a jedyne, co jeszcze się utrzymuje, to kukurydza. Ludzie dalej grają w baseball, chodzą do szkoły dla farmerów i jakoś życie się toczy. Nasz główny bohater o wiecznym wyrazie twarzy cierpiętnika (Mathew McConaughey), przypadkiem-nie-przypadkiem odkrywa najtajniejszą bazę NASA dzięki spadającym książkom w pokoju swojej córki. Tam zostaje pilotem misji do czarnej dziury, która ma zapewnić ludzkości przetrwanie. „Dlaczego?”, zapytacie. Ponieważ kiedyś gdzieś leciał, a pozostali członkowie misji nie. Dokładnie tak wygląda wstęp do filmu… Gdyby nie to, że to Chris Nolan, wątpię żeby ktoś dal temu zielone światło do realizacji. Czy wspomniałem już, że główny bohater ma dwójkę dzieci? Zostawia je następnego dnia. Serio. Wiadomo – ludzkość ważniejsza, nie ma sentymentów (te dostajemy później od Anne Hatheway). Powiem szczerze, gdy tylko statek kosmiczny wszedł w atmosferę film, zrobił się emocjonujący. Uwierzcie lub nie, ale przez kolejne dwie i pół godziny kompletnie nie czułem upływającego czasu, który był tak odczuwalny w pierwszej sekwencji filmu. To chyba wystarczy za rekomendację. Film należy docenić w szczególności za dwa aspekty – udawanie, że film ma coś wspólnego z nauką oraz ukazanie kosmosu i podróży międzygwiezdnej. Oraz ogólnej oryginalności niektórych konceptów. Wyszły trzy rzeczy, trudno. Naukowe wywody sobie daruje, można znaleźć wiele opracowań na ten temat w necie, sam specem nie jestem, więc nie będę mydlił nikomu oczu. Zresztą powstała nawet książka na ten temat – „Science of Interstellar”.

Kosmos, ostateczna granica. Oto są podróże statku kosmicznego Enterprise. Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy. Poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji. Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł. Niczym w „Star Trek” (wiem, że powyżej są powtórzenia, ale ciężko wymyślać synonimy tłumacząc z angielskiego new, new and new)

Kosmos, ostateczna granica. Oto są podróże statku kosmicznego Enterprise. Jego pięcioletnia misja: odkrywać dziwne nowe światy. Poszukiwać nowego życia i nowych cywilizacji. Dumnie zmierzać tam, dokąd żaden człowiek jeszcze nie dotarł.

Niczym w „Star Trek” (wiem, że powyżej są powtórzenia, ale ciężko wymyślać synonimy tłumacząc z angielskiego new, new and new). W sumie to nie do końca tak, ale wystarczy zmienić nazwę statku z Enterprise na Endurance i przymknąć oko, a wyjdzie nam podobnie. Wracając do tematu. Komsos – piękny, nieokiełznany, obcy. W zeszłym roku świetnie został pokazany w „Grawitacji”, niesamowite zdjęcia Ziemi robią olbrzymie wrażenie, to jeden z tych filmów, które rzeczywiście warto zobaczyć w kinie. Z „Interstellar” jest podobnie – przestrzeń kosmiczna może nie gra tu tak ogromnej roli jak pustka w „Grawitacji”, jednak wspomniałem już, że jest pokazana perfekcyjnie? To jak podróż po safari z National Geographic. Przelot obok Saturna, niesamowita (nawet jeśli nierealistyczna) czarna dziura, powierzchnia całkiem obcych planet, które mogłyby być zamieszkane przez ludzi (nawet jeśli w rzeczywistości nie mogłyby być zamieszkane przez ludzi). To wszystko tworzy spójny obraz tego, co gdzieś tam na nas może czyhać, co więcej wierzymy, że tak właśnie może być! Chociaż koncept jednorodnych światów przypomina trochę styl „Gwiezdnych Wojen” i te ich wszystkie Kashyyk, Tatooine itp. Tak jakby nigdzie w całym uniwersum nie istniała druga, równie niejednorodna planeta przypominająca Ziemię. Jeśli już przy konceptach jesteśmy to twórcy filmów sci-fi wyraźnie starają się odciąć od standardowego wyglądu robotów. Tutaj roboty wyglądają jak sześcienne monolity (wypatruję nawiązanie do „Odyseji Kosmicznej” Kubricka). Koncept bardzo przypadł mi do gustu, a maszyny zostały przedstawione na tyle wiarygodnie, że niecierpliwie czekam, aż ludzie pójdą w tym kierunku przy rozwoju robotyki zamiast próby budowania androidów i tworów humanoidalnych. O tym, że w filmie rzeczywiście ktoś gra, przypomniałem sobie w momencie pojawienia się na scenie Matta Damona i jego dr. Manna. Powiem szczerze, że zaskoczył mnie swoim występem i wykreował swoją postać zdecydowanie bardziej wiarygodnie niż pozostali członkowie ekipy. Poza Cooperem, głównym bohaterem całego spektaklu, pozostali aktorzy nie mieli zbytniego pola do popisu, bo ich role też nie były powalające. Mathew McConaughey zagrał dosyć teatralnie i jak dla mnie po prostu poprawnie. Przez cały film biedak cierpi katusze, bo ludzkość ginie, a on zostawił dzieci w domu – no, zrozumiały dramat, ale scena, w której krzyczy „They’re gonna die!” sprawiła, że miast przejmować się losem całej ludzkości na mojej twarzy pojawił się jedynie uśmiech politowania. Michel Caine gra chyba już po prostu siebie – od 12 lat, kiedy zagrał w „Spokojnym Amerykaninie”, mam wrażenie, że właśnie takiego gra. Cóż, dla mnie stał się jednym z aktorów takich jak Sean Connery – „when you reach max Level, you stop leveling”. Głębsze emocje astronautów próbowano odzwierciedlić w postaci granej przez Anne Hatheway, której miłość jest silniejsza niż pole grawitacyjne czarnej dziury, przez co postać wychodzi lekko oderwana od rzeczywistości. Jej kreacja wyszła strasznie miałka z tego powodu. Matt, nie dziwie się, że ben ma do ciebie tyle uczuć – zagrałeś najlepiej!

Max level reached

Max level reached

Należy tu też wspomnieć o tym, że od pewnego momentu akcja toczy się dwutorowo. W teraźniejszości astronautów i w zgoła odmiennym czasie dla mieszkańców Ziemi. Tutaj na pierwszy plan wybija się córka głównego bohatera, sportretowana przez Jessicę Chastain. Jest powiewem świeżości dla całej tej gwiazdorskiej, lekko sztywnej i zastałej obsady. Z początku nieistone wydarzenia na Ziemi nabierają znaczenia wraz ze zbliżaniem się do kulminacji filmu. Równoczesne pokazanie akcji w dwóch różnych przestrzeniach czasowych było świetnym konceptem, jednak zgrzyt nastąpił w momencie, gdy bohaterowie poprzez dylatację czasu mieli stracić kilka lat, a ziemska teraźniejszość stała dalej w miejscu. Nie wiem, czy udało mi się to przemycić między wierszami, ale efekty specjalne naprawdę robią wrażenie. Podróże kosmiczne, czarna dziura, niezbadane wcześniej planety i miejsce, w którym bohater znalazł się na końcu filmu – to wszystko jest piękne, jest rzeczywiste, wierzymy, że istnieje! Nie należy też zapominać o robotach – TARS, CASE i KIPPie, które są równie wiarygodne jak wszystkie pozostałe rzeczy, które widzimy w filmie (no dobra, podróż przez czarną dziurę i planeta, którą niby można zamieszkać tuż obok niej do najwiarygodniejszych nie należy, no ale trochę wyobraźni, ok?). Ze wszystkich filmów nominowanych do Oscara, ten najbardziej na niego zasługuje (chociaż małpeczki depczą po piętach). Interstellar W czeluściach Internetu można znaleźć podzielone opinie na temat nowego dzieła Nolana, ale chyba wynika to z tego, że samo dzieło wypada trochę niespójnie artystycznie. Z jednej strony mamy mnóstwo ciekawych nowych pomysłów. Z drugiej zaś ciekawe idee są porzucane w trakcie samego seansu i Nolanowie pokazują coś ciekawego, co nie ma później żadnego znaczenia dla reszty filmu (futurospekcje, dylatacja czasu, ziemskie plony, syn Coopera). Brakuje tu też uwydatnienia ludzkiego, bardziej osobistego dramatu, który pojawił się w „Grawitacji”, brak zaszczucia i odosobnienia tego, że człowiek znajduje się na drugim końcu wszechświata, doświadcza czegoś, czego nikt wcześniej nie doświadczył. Mimo wszystko film oceniam bardzo dobrze. Cała ta nuda, która panowała na początku seansu wyparowuje wraz z postawieniem stopy przez naszych astronautów na nieznanej planecie i oglądamy film z zaciekawieniem do samego końca.

7/10

Powrót na Ziemię

Film nie zmusił mnie do jakichś głębokich przemyśleń, zastanowienia się nad życiem i sensem istnienia, ma wiele błędów logicznych i kompletnych nonsensów, które ładnie podsumowała Amelia. Ale ja już nie o tym. Po seansie rozmawiałem o filmie. Dużo, o jego absurdach, niespójności wizji artystycznej, grze aktorskiej. To dobrze o nim świadczy. Jakikolwiek by nie był, wzbudził moje zainteresowanie tematem, przejrzałem analizy, wytykane mu błędy i tym podobne. Pomimo tylu sprzecznych opinii Christopher Nolan stworzył dobry film, który zdecydowanie warto obejrzeć. Może nie zmieni on kinematografii i nie stanie się filmem kultowym jak „2001: Odyseja Kosmiczna” Kubricka, jednak – no kurde, po prostu warto rzucić na to okiem, o!